czwartek, 24 grudnia 2015

Homesick, czyli święta w Ameryce

Homesick

Święta są często okazją do odczuwania pierwszych oznak tęsknoty za domem. Wiele au pair decyduje się
w tym czasie na urlop, by pojechać do domu i spędzić ten czas z rodziną. Ja jednak od razu założyłam, że do Polski nie chcę lecieć, bo kiedy jak nie w tym czasie zauważyć różnice w kulturze polsko-amerykańskiej? :) Czy żałuję? Nie. Oczywiście, że miło by było podzielić się z Mamą i Tatą opłatkiem, ale od czego ma się skype i inne tego typu komunikatory? :) Specjalnie wstałam o 7, żeby chociaż przez skype uczestniczyć w rodzinnej Wigilii. Smaku domowych pierogów nie mogłam poczuć, ale nie było źle :) Jeśli chodzi ogółem o tęsknotę to też nie mam jakiejś dużej. Podejrzewam, że ma na to wpływ kilka czynników: z Mamą rozmawiam codziennie (dzięki współczesnej technologii to naprawdę nie jest trudne :), z pozostałymi członkami rodziny od czasu do czasu :); od kilku lat w sumie mieszkałam poza domem rodzinnym (w liceum był internat i Mama tylko w weekendy, a na studiach inne miasto i wizyty w domu raz na kilka tygodni), więc trochę się uodporniłam i przyzwyczaiłam do Mamy w słuchawce :)

"Kolacja wigilijna" z rodziną 


Wishlists, skarpety nad kominkiem - czyli Christmas in America 

W USA wszystko jest szybko. Pierwsze dekoracje świąteczne w niektórych sklepach widziałam już w sierpniu. Dodatkowo jedna stacja radiowa w listopadzie, zaraz po Halloween zmieniła się typowo w stacje świąteczną, gdzie tylko Christmas songs (na szczęście jest naprawdę dużo tych piosenek i nie leci w kółko tylko Last Christmas, czy All i want for Christmas is you; btw moje jedno host-dziecko pokochało tę piosenki i słyszę tylko "Natalia put something special"). Podobnie jest z dekoracją domów - w mojej host family choinkę ubraliśmy 30 listopada(!) i tylko moje host-dzieci przychodziły później do mnie i "Natalia, czy Santa przyjdzie dzisiaj w nocy do nas?". 

Co jest tutaj bardzo popularne?
- Elf on the shelf - małego Elfa umieszczamy gdzieś w domu, dzieciom mówimy, że jest to pomocnik Santy, który przez miesiąc (stawiamy na początku grudnia) będzie obserwował i donosił Mikołajowi czy dziecko jest grzeczne. Codziennie wieczorem zmieniamy pozycje i miejsce pobytu Elfa, żeby dziecko myślało, że Elf był w nocy u Santy :) W mojej host family niestety nie mamy Elfa :(
Po wpisaniu w google można znaleźć przykładowe zdjęcia z Elfem (Elf on the shelf)


 -Wishlists - list do Mikołaja w wersji dla dorosłych - przy robieniu Christmas Party, przekazujemy Wishlists, czyli najprościej mówiąc Listę życzeń, co chcemy dostać w prezencie. Z jednej strony fajne, bo unikamy nietrafionych prezentów, z drugiej być może zanika pierwiastek niespodzianki :)

-Skarpety nad kominkiem - tradycja znana nam z filmów z pakowaniem prezentów, słodyczy do skarpetek:)

- Prezenty dla wszystkich - dosłownie :) Obdarowujemy sąsiadów i ich dzieci, nauczycieli, znajomych. Choćby małą bombkę, czy czekoladki ale wypada coś dać.

- Last Christmas i Home Alone - tak, tutaj też się to słucha i ogląda Kevina

- Christmas Party - spotykamy się nie tylko z rodziną, ale też ze znajomymi, przyjaciółmi :)

Jaka jest duża różnica?
Nie ma Wigilii takiej typowej, czyli postu w dzień i uroczystej kolacji złożonej z 12 potraw.
Mikołaj przychodzi 25 grudnia.
Nie ma opłatka z życzeniami.
Nie ma drugiego dnia świąt, czyli 26 grudnia. Amerykanie ten dzień obchodzą inaczej, czyli wielkie poświąteczne wyprzedaże :)


Konkurs
W niedzielę wybieram się na tydzień do jednego z większych amerykańskich miast, w którym był ponad 25 lat temu kręcony jeden z najsłynniejszych świątecznych filmów. Film od lat oglądamy w polskiej telewizji :) Kto pierwszy zgadnie w komentarzu gdzie jadę otrzyma ode mnie pocztówkę z tego miasta :)


Nie pozostaję mi nic innego jak życzyć Wesołych Świąt/ Merry Christmas! :) 

Natalia

P.s. Nie objadajcie się za bardzo :)

środa, 16 grudnia 2015

Mój Perfect-match

Czym jest Perfect-match?

 W języku au-pairingowym perfect-matchem nazywamy rodzinkę, do której jedziemy. Czyli tą, która naszym zdaniem jest idealna dla nas, do tego by spędzić z nią nasz wymarzony rok w Ameryce. Ameryka, ameryką, jednak to właśnie z rodziną, którą wybierzemy będziemy się "męczyć" przez cały rok naszego programu (tak, można wziąć re-match [zmiana rodziny], jednak nie każdy re-match kończy się sukcesem). 
Wiele au-pair przy wyborze rodziny kieruje się lokalizacją ("O tak! Rodzina z Kalifornii - to mój PM"), inne ilością dzieci ("Wow! Tylko jedno dziecko, biorę ich!"), ale dla większości musi być to "coś". 

Wybory mojej nowej rodziny

W mojej aplikacji miałam, aż całe dwie rodziny.
Pierwsza (trójka dzieci, okolice Bostonu) od początku nie przypadła mi do gustu. Mało informacji
o sobie, tylko trzy czy cztery zdjęcia (w aplikacji można mieć do 20). Jednak jako, że Mama nauczyła mnie nie oceniać po pierwszym wrażeniu napisałam do nich wiadomość z propozycją skype. Nie odpisali, uciekli z profilu - oj nie ładnie!
Druga rodzina (trójka dzieci, okolice Houston) pojawiła się w dzień po zniknięciu pierwszej (w Culture Care można mieć tylko jedną rodzinę w danym czasie na profilu), od razu z wiadomością, że chcieliby porozmawiać na Skype. Przeglądając ich profil, czułam to "coś" :). Pełen komplet zdjęć (z sytuacji codziennych, "galowych", z aktualną au-pair), opisany schedule (plan pracy/dnia au pair), dosłownie wszystko co się dało. Umówiliśmy się na skype na kilka dni później,
w międzyczasie zrobiłam research znajdując aktualną au-pair na facebooku i wypytałam ją
o wszystko ;) Rozmowa przebiegła miło, chociaż nigdy się tak nie stresowałam (nie zapomnijmy, że to jednak rozmowa a'la kwalifikacyjna ;). Najpierw rozmawiałam z host-mum, która dużo pytała
o mnie, ja parę pytań o dzieci też zadałam. Następnie dołączył host-dad, który głównie mówił
o schedule, prawie w Teksasie, sprawach technicznych :) Na koniec dołączyły host-kids, czyli trzy dziewczynki, które pokazywały mi swoje zabawki. A na sam koniec padło magiczne pytanie - "Przyjedziesz do nas? Bo my ciebie chcemy!". Nie powiem, że mnie to nie zaskoczyło, więc poprosiłam o krótki czas do namysłu :) Jednak namyślać się długo nie musiałam i już następnego dnia napisałam, że jestem zdecydowana do nich przyjechać :)

Do kogo trafiłam?

Przyjechali z Europy 10 lat temu. Mama ucząca się z domu, tata pracujący. Trzy dziewczynki -
A. (aktualnie 7 lat), G. (aktualnie 4.5l.) i A. (aktualnie 3 l.). Lokalizacja - przenajlepszy Texas, miasto K. (ponoć przynależące do Houston - do Downtown Houston mamy 25 mil). Jeśli chodzi o K. to jakbym trafiła z mojego miasta w Polsce, do podobnego miasta w Stanach ;) Liczba mieszkańców podobna, różnica taka, że zbudowane praktycznie z samych domów jednorodzinnych, więc mega duże i wszędzie trzeba jeździć autem, nawet do najbliższego sklepu.
  
Czy jestem zadowolona ze swojego PM?

W znacznej większości tak. Rodzina traktuje mnie jak swoją, dziewczynki nazywają starszą siostrą. Z dziećmi wiadomo - są dni, że chce je się wywieźć na biegun północny i tam zostawić, ale są dni, że już myslę jak ciężko będzie je zostawić po programie. Zwłaszcza jak przychodzą bez niczego się przytulić i "I love you" albo "Give me buzi!" :) Jedyne nad czym ubolewam to lokalizacja, bo naprawdę tu można umrzeć z nudów (przed tym ratuje mnie Netflix, niekończące źródło seriali :). Wiadomo, że poznaje się ludzi, ale smutne jest, że jak chcę z kimś wyskoczyć na spotkanie muszę jechać te kilkadziesiąt mil (dzięki Bogu, że mogę korzystać z auta bez ograniczeń). Tak, są też znajomi w K. (głównie Paula [au pair z Polski], która pomogła mi się odnaleźć w USA i z którą spędzam chąc, nie chąc duuuużo czasu - tak wiem, że to czytasz :D), jednak....


Jedno host-kid ;)
 
 
Host-rodzina poprosiła mnie o nie wrzucanie za wielu informacji na ich temat w internet, stąd opisana trochę ogólnikowo :)

 N.

P.s. W przyszłym tygodniu ostatni wpis w 2015 roku i mały konkurs :)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Jak zostałam Au-pair?

Pierwszy pomysł zostania au-pair zakiełkował w mojej głowie już w liceum. W 3 klasie mieliśmy spotkanie informacyjne jednej z agencji organizującej wyjazdy au-pair. Jednak chyba idea ta nie dojrzała wtedy jeszcze w pełni i się nie zdecydowałam. W marcu tego roku do naszego samorządu odezwała się przedstawicielka agencji Cultural Care Au Pair z prośbą o pomoc przy organizacji spotkania dla osób zainteresowanych. Na spotkaniu pojawiły się aż dwie osoby, z czego jedną byłam ja, odpowiedzialna ze strony uczelni za organizację. Posłuchałam jak dokładnie program wyglada i stwierdziłam "O, to jest dla mnie!". Dla pewności dwa tygodnie później udałam się do siedziby agencji na spotkanie z jej przedstawicielami z siedziby w USA.

A na spotkaniu...

Na spotkaniu z USA były dwie osoby - jedna: pracownica głównego biura Cultural Care z Bostonu, druga: trener szkoły dla au-pair z Nowego Jorku. Dodatkowo, oczywiście pracownice warszawskiej filii Cultural Care, wiele z nich byłe au-pair :)  Konsultanci do końca rozwiali moje wątpliwości dotyczące programu, opowiedziali jakie są etapy zostania au-pair i przeprowadzili ze mną rozmowy czy na au pair się nadaje.
Rozmowy były podzielone na dwie części:
I - tutaj byłam pytana o moje doświadczenie z pracy z dziećmi, jak zachowałabym się w przypadku gdy dziecko mnie nie słucha oraz jakie mam propozycje zabaw dla dzieci;
II - ten etap był przeprowadzany po angielsku, w celu sprawdzenia mojej znajomości tego języka, a treść rozmowy bardzo podobna do etapu pierwszego - propozycje zabaw z dziećmi, co zrobiłabym w danej sytuacji.
Po pozytywnym zdaniu rozmowy pozwolono mi przystąpić do wypełniania aplikacji.



Wszelkie informacje o nadchodących spotkaniach CC można znaleźć na ich stronie.

Aplikacja

Chyba jeden z gorszych etapów przygotowania do wyjazdu. Po spotkaniu agencja wysłała mi mejla z adresem, pod którym mogłam zacząć wypełniać swoją aplikację. W aplikacji zawarte jest wszystko - od Twojego zdrowia, przez kontakty z rodziną, doświadczenia z pracy z dziećmi do tego co lubisz robić w wolnym czasie, czy jakie obowiązki domowe wykonujesz. Dodatkowo trzeba napisać list, a'la list motywacyjny dlaczego jesteśmy tacy och i ach, i rodziny powinny nas wybrać oraz nakręcić filmik o nas (mi udało się bez filmiku, ponieważ znalazłam swój Perfect Match przed deadlinem wrzucenia filmiku :)). Musimy pamiętać, że nasza aplikacja to nasza przepustka do USA i to właśnie od tego jak się w niej zaprezentujemy zależy czy dana rodzina nas wybierze, czy nie. Ja, w rozmowie z moją hostką, dowiedziałam się, że spodobało jej się u mnie to, że pisałam szczerze, konkretnie i prosto pisałam gdy czegoś nie lubiłam :)

Referencje

Bardzo ważne przy aplikowaniu są referencje z pracy z dziećmi (w końcu jedziemy pracować jako niania :)). Trzeba dokładnie wpisać, gdzie i ile godzin pracowaliśmy z nieletnimi. Co istotne - do godzin może liczyć się  wszystko: od wolotariatu, przez opiekę nad rodzeństwem, do normalnej pracy zarobkowej jako opiekunka. Nie jestem pewna jak to wygląda w innych agencjach, ale w Cultural Care musi część tych godzin zostać poświadczona. W moim przypadku poprosiłam o referencje od brata, którego synem się opiekowałam oraz byłych już pracodawców. Referencje muszą być po angielsku i jeżeli dana osoba nie zna języka to tłumaczenie zostaje nam. Konsultanci z biura z Warszawy po otrzymaniu referencji dzwonią do danych osób i dodatkowo dopytują o nas. 

Po wypełnieniu całej dokumentacji pozostaje proces matchowania i szukania rodziny, o czym opowiem w kolejnym tygodniu :) 







Na koniec zdjęcie z dzisiaj, czyli grudzień w Teksasie. Dodam, że pogoda jaką ostatnio mamy dosłownie nas rozpieszcza. Codziennie jest jakieś 70 F, czyli ok. 20 stopni C i dużo, dużo słońca. Na piątek nawet prognozy pokazują 28 C, więc chyba znowu będzie okazja do założenia letnich sukienek :).
 

P.s. Nie ma tu żadnej kryptoreklamy Cultural Care - jest to agencja, z której ja skorzystałam i opisuję tylko swoje doświadczenia :)

wtorek, 1 grudnia 2015

Co ja robię tu?

Ponad miesiąc temu skończyłam 22 lata. Od prawie 5 miesięcy mieszkam w USA, w jednym
z najbardziej znanych Stanów - Teksasie.