czwartek, 11 lutego 2016

Jacy są faceci w Ameryce?

Z okazji zbliżających się Walentynek post o... facetach :)

Co udało mi się zauważyć podczas moich 7 miesięcy tutaj? 
Na pewno nie możemy generalizować i mówić o facetach w Ameryce ogółem. Dlaczego? 
Każdy stan ma inną "mentalność" i tak samo, jak inne jedzenie/drinki będziemy mieli w Teksasie a inne w Nowym Jorku, tak samo jest zróżnicowanie jeśli chodzi o ludzi. 

Co widać na ulicach w Teksasie?
- Naprawdę rzadko można tu spotkać hipstera w rurkach. Faceci ubierają się normalnie, jak każdy zdrowy mężczyzna ubierać się powinien. 
- Raczej rzadko kiedy bywa, że mężczyzna przepuści kobietę w drzwiach przy wejściu do sklepu. Mam tu na myśli "spotkanie" zupełnie przypadkowych osób. Z tego, co rozmawiałam na ten temat z hostką, dowiedziałam się, że spowodowane jest to w głównej mierze tym, że same Amerykanki bardzo domagały się równouprawnienia i stąd takie zachowanie :)
- Przez bliskość granicy Meksyku jest tu naprawdę dużo niskich mężczyzn. 

Jakich mężczyzn udało mi się tu poznać i jak? 
Niestety, jak już ktoś kojarzy kim jest au pair większość szuka łatwej okazji do seksu. Au pair - przyjechała na rok, szuka przygód, pewnie z chęcią przyjmie Amerykanina w gościnę. Nie ukrywajmy, że są też au pairki szukające takich wyskoków. :) Ja do takich, na szczęście nie należę (dzięki Mamo za wychowanie!) i staram się mieć nosa do szukających łupów i omijać takich szerokim łukiem. 
Zaraz po przyjeździe tutaj zadałam Pauli kluczowe pytanie - Jak kogoś poznać?. Odpowiedź była jedna - Tinder. No to zakładamy tindera.. Lewa, prawa, lewa, lewa, prawa, prawa. O jest match! 
Oczywiście nie obyło się bez "Hi baby/sweetheart/honey! You are so beautiful! Can i kiss your pussy?". Z aplikacji tej w sumie nie udało mi się poznać nikogo wartego uwagi ;) Plus taki, że naprawdę dużo mi to dało na początku jeśli chodzi o język - jak już nawiązała się rozmowa, często padały słowa/wyrażenia, których nie miałam okazji wcześniej spotkać :)
Kolejna miejsce do poznania kogoś - klub/ulica/znajomi/siłownia/szkoła. Tu się rzecz ma podobnie jak w Polsce - poznajemy kogoś, wymieniamy się numerami (lub nie) i utrzymujemy kontakt (lub nie) :) Plus jest taki, że w przeciwieństwie do tindera, czy innych wirtualnych znajomości tu widzimy od początku jaki ktoś jest w rzeczywistości, jak wygląda, jak rozmawia, jak nas traktuje i korzystamy z uroków mowy werbalnej i niewerbalnej ;)
Ostatnie miejsce, dość popularne wśród au pair - portal okcupid, czy inne podobne portale. Czyli nic innego, jak portale randkowe ;) Rzecz podobna do Tindera, rozwinięta o krótsze lub dłuższe opisy :) 

Krótki spis "ciekawszych" poznanych mężczyzn. Oczywiście są to przypadki wybrane, w sposób mniejszy czy większy zapadające w pamięć:
1. Łowca krokodyli - poznany przez Tindera chłopak z Luizjany. Na spotkaniu pokazywał filmiki, na których razem z kolegą próbowali dotknąć aligatora.
2. Turecki piosenkarz - poznany w klubie country, pochodzący z Azerbjedżanu. Po tygodniu znajomości zaprosił na swój występ na tureckim festiwalu, publiczność robiła sobie z nim zdjęcia. Po wpisaniu nazwiska w google okazuje się, że jest znanym w swoim kraju piosenkarzem. Ups!
3. Iluzjonista - poznany na ulicy podczas Sylwestra w Chicago. Po powrocie do baru umilał nam wieczór sylwestrowy sztuczkami magicznymi. A był w tym dobry! 
4. Piosenkarz - poznany w barze podczas Sylwestra. Ma swój własny zespół, podejrzewam, że sławy z tego nie będzie, ale kilka piosenek całkiem do posłuchania.
5. Kickbokser - poznany w klubie. Przyjechał z Jordanii, żeby zająć się tutaj zawodowo (nie wiem na ile zawodowy może być ten sport) kickboxingiem i muay thai.
6. Habibi - czyli szukający na siłę związku chłopak z Iraku. Poznany w szkole, podczas kursu angielskiego. W trakcie zajęć opowiadał, jak siostra zginęła z rąk ISIS. Ile w tym prawdy? Nie mam pojęcia.


Nie szukałam i nie szukam związku tutaj na siłę, co ma być to będzie, ale korzystałam zarówno z tindera czy okcupid, chociażby po to, żeby nawiązać nowe znajomości z osobami niekoniecznie związanymi z aupairingiem. Co jest fajne w takim "randkowaniu"? Można poznać naprawdę fajne osoby, co ciekawe nie zawsze muszą to być Amerykanie ;) Tym sposobem jeden weekend miałam taki, że w piątek poznałam Meksykanina, w sobotę spotkałam się z Jordańczykiem, a w niedzielę z Ekwadorczykiem. Więc zawsze można sobie wyrobić znajomości, które w pewien sposób mogą zaowocować nam w przyszłości, chociażby tym, że w trakcie podróży można sobie załatwić miejsce noclegowe! ;)


P.s. Amerykanie są naprawdę "crazy" na temat Walentynek. Dekoracje, serduszka, cukierki walentynkowe są w sklepach praktycznie od początku stycznia. W szkołach odbywają się walentynkowe party dla dzieci, wszyscy wszystkim dają kartki i słodycze. Radio, które w okresie przedświątecznym było tylko z muzyką świąteczną, teraz jest tylko z piosenkami o miłości. Błagam niech to się skończy. Kochajmy się całym rokiem, a nie tylko w ten jeden dzień. 

Pozdrawiam,
Natalia

środa, 27 stycznia 2016

Za co kocham Texas?

Decydując się na program ani przez chwilę nie myślałam w jakim Stanie chcę się znaleźć. Priorytetem była dla mnie rodzina. Gdy jednak zobaczyłam Teksas pomyślałam "O super! Poznam Strażnika Teksasu!", bo w sumie tylko z tym mi się kojarzył Stan Samotnej Gwiazdy (Lone Star State). Później w ramach zgłębiania tematu dowiedziałam się, że królują tu kowbojskie buty, kapelusze i wszędzie gra country! :D Teraz nie zmieniłabym Teksasu na żaden inny Stan i już piszę dlaczego! :)

Za co kocham Texas?

za pogodę - w Wigilię Bożego Narodzenia tuż przed Pasterką 25 stopni Celsjusza? Nie ma sprawy :) Zimę mamy tutaj naprawdę zróżnicowaną, ale ogólnie królują ciepłe temperatury. Zdarzają się dni poniżej 10C ale to jest tak rzadkie, że naprawdę nie daje się we znaki. Najgorsze są niestety amplitudy - rano potrafi być poniżej 10C a za kilka godzin powyżej 20C co sprawia, że naprawdę nie wiadomo jak się ubierać :) Jeśli chodzi o lato to- gorąco, gorąco i mokro. Klimat jest taki, że w lato jest bardzo duża wilgotność powietrza, co sprawia, że gdy tylko wyjdzie się na zewnątrz jest się mokrym, ale z kolei nie można zapominać o swetrze, bo wszędzie jest klimatyzacja i różnice między pomieszczeniem a temperaturą na dworze potrafią przyprawić o ból gardła :)

Zdjęcie zrobione w drodze na Pasterkę! :)

za kluby country i 2step - miła odskocznia od typowej muzyki klubowej, gdzie większość przytupuje nóżką. Jak wygląda zabawa w takim klubie? W klubach, w których zdarzyło mi się bywać wygląda to tak: 
1. kilka piosenek country, do których ludzie tańczą w parach dookoła parkietu :) Jak to wygląda można obejrzeć o tu: 2 step w Austin
2. tak zwany line dance, gdzie wszyscy wykonują w linii dokładnie te same ruchy :) Z tego co zauważyłam to właśnie line dance przyciągają na parkiet najwięcej osób. Tu można podejrzeć przykład tańca liniowego w klubie :)
3. zwykła muzyka pop - żeby ludzie, którzy nie przepadają za country też mieli się przy czym pobawić ;)
I tak w kółko po kilka minut w każdym etapie :D

P.s. Ludzie naprawdę chodzą tam ubrani w kowbojskie buty i kapelusze ;)

Parkiet w jednym z okolicznych klubów 

za język - każdy stan ma swój własny akcent i slang. Niby różnice są niewielkie, ale będąc w Chicago często miałam problem ze zrozumieniem co ludzie do mnie mówią (mówili bardzo szybko, albo skracali albo nie wiem co jeszcze), nie wiem czy to wina osób których spotkałam czy faktycznie jest tam "gorzej". W Teksasie może na początku miałam jakieś problemy, jednak spokojnie mogę zrozumieć wszystkich :D

za Tequille - przez bliskość Meksyku jest to jeden z najłatwiej dostępnych trunków tutaj :)

chciałabym napisać za Rodeo, ale o tym się przekonam dopiero w marcu :)

za niebo - nie wiem, czy po prostu w Polsce mniej w niebo patrzyłam, czy tu naprawdę jest ono bardziej spektakularne!
Dzisiejszy wschód słońca
 

I jeden z letnich zachodów


za flagę - bo wystarczy obciąć gwiazdę i mamy flagę Polski! ;)



Jest jeszcze wiele, wiele aspektów dlaczego nie zastąpiłabym mojego Stanu na żaden inny, ale to przy kolejnej okazji! 

Natalia

P.s. To już oficjalne - zostaję u "swojej rodziny" na kolejny rok! ;)

środa, 6 stycznia 2016

Chicago, czyli z wizytą w Wietrznym mieście

Co tu dużo mówić. Zakochałam się.

Na początku byłam dosyć sceptycznie nastawiona do Chicago - miasto z największą populacją Polaków w Ameryce, raczej nie wróży nic dobrego. Jednak po kilku dniach w tym mieście całkowicie zmieniłam zdanie. Polaków co prawda udało nam się kilka spotkać - już na lotnisku leciała z nami jedna Polka, później w sklepie, więc trzeba było uważać co się po Polsku mówi. Jednak Chicago swoim urokiem przezwycięża wszystko :) 

A więc od początku.. Dlaczego sylwester w Chicago? Razem z Paulą dostałyśmy zaproszenie od Emilii, która spędzała tam święta ze swoją host rodziną i pozwolili nam się na kilka dni u nich zatrzymać. Planów wcześniej żadnych nie miałyśmy na sylwestra, więc postanowiłyśmy skorzystać :) 

Bilety kupione no to lecimy!
27.12
A chciałoby się tak od razu polecieć. Z powodu pogody jaka wtedy panowała w Teksasie (tornada, śnieg - na szczęście Houston ominęło) część samolotów była odwołana/opóźniona. Nasz "na szczęście" tylko opóźniony. Tylko o jakieś 6 h. Na lotnisku byłyśmy już o 16, lot planowany był o 18.30. Wyruszyliśmy ostatecznie 30 minut po północy. W Chicago wylądowałyśmy o 3 w nocy z niedzieli na poniedziałek. Wspaniały początek wycieczki :D



28.12
Czyli pierwszy dzień zwiedzania Chicago. Wietrzne miasto przywitało nas, spragnione za zimą, śniegiem. Co prawda z deszczem, ale śnieg to śnieg.  Od rana postanowiłyśmy wybrać się na osławioną "Fasolkę" czyli Cloud Gate. Zaletą pogody było to, że nie było tłumów, czego zawsze można się spodziewać w tym miejscu, więc spokojnie mogłyśmy porobić zdjęcia. Jednak z drugiej strony nie mogłyśmy zobaczyć odbicia downtown, czyli tego, co w "Fasolce" najważniejsze :(


Trochę pochodziłyśmy po okolicach Millennium Park, jednak pogoda nas szybko przegoniła - było mokro i zimno, a przyzwyczajone do Teksańskiego ciepła szukałyśmy... ciepła :D

29.12
Od rana nie było już mokro, więc postanowiłyśmy jeszcze raz wybrać się na Cloud Gate. Tego dnia można już było zobaczyć wieżowce, ale i ludzi dookoła :( 







Wieczorem wybrałyśmy się do Chicagowskiego Zoo, które w przeciwieństwie do tego w Houston jest za darmo :) A w Zoo...




30.12
Być w Chicago i nie zobaczyć domu Kevina? No way! Co prawda od nas była to ok. godzinna podróż pociągami i autobusem, ale... :) 


31.12 
Czyli długo wyczekiwany sylwester :D Tego dnia postanowiłyśmy skorzystać  z bezchmurnego nieba i wybrać się na Skydeck, czyli najpopularniejszy punkt widokowy w Chicago :) Dawniej najwyższy budynek na świecie. Nie powiem, robi wielkie wrażenie stanięcie na wysokości 103 piętra na szklanej podłodze mając pod sobą NIC. Widoki dookoła tarasu też robiły wrażenie :) Można było zobaczyć całe Chicago z otaczającym je jeziorem Michigan  (swoją drogą to na prawdę jest jezioro, a nie morze czasem? fale jakie widziałyśmy w poniedziałek sprawiały inne wrażenie) :)




Rada na przyszłość - jak chcecie się wybrać na Skydeck to nastawcie się na czekanie. My w kolejce stałyśmy dwie godziny, przez co na górze nie ma z nami Emilii, która musiała wracać do pracy :/

Po punkcie widokowym postanowiłyśmy się wybrać do polskiej restauracji. Czas nas gonił (w sylwestra zamykali tego typu knajpy o 17), więc wybrałyśmy to, co było najbliżej, czyli Podhalankę. W ostatni dzień roku, tyle tysięcy kilometrów od domu miałyśmy chociaż namiastkę Polski - obsługa restauracji składała się ze starszych osób, w telewizji transmisja Sylwestra z Tvnem, a na stole żurek, kompot i schabowy z mizerią :) 

Czy mogę polecić Podhalankę? Wiadomo, że smakowało inaczej jak u Mamy, ale najgorsze nie było i portfeli nam super mocno nie oskubało :) 

Na wieczór planów żadnych nie miałyśmy, więc została improwizacja i oglądanie petard na mieście :) 

1.01
Czas powrotu do domu. Samolot zaplanowany dopiero na wieczór, więc wspólnie z Paulą wybrałyśmy się jeszcze na spacer po okolicy. A na spacerze takie widoki...

Oczywiście z samolotem nie obyło się bez opóźnień (ah ten Spirit lines) i o 2.30 a.m. 2.01 wylądowałyśmy w Houston.

To, co chciałyśmy zobaczyć - zobaczyłyśmy. Wiemy, że to, co widziałyśmy można było ogarnąć w 1-2 dni, ale my nie narzucałyśmy sobie tempa - w końcu to były nasze wakacje i w głównej mierze chciałyśmy odpocząć od codzienności au pairowskiej :) 
Co o Chicago tak ogólnie?
- urok dużego miasta, prawie jak Nowy Jork, tyle, że dużo mniej ludzi/turystów
- bardzo dobra komunikacja miejska - pociągi/ autobusy, na które nie trzeba długo czekać
- bardzo dużo osób hmm.. z problemami, trzeba raczej bardzo uważać w komunikacji publicznej i na ulicach
- piękne Downtown
- ludzie wiedzą o au pairingu - rzadziej niż w Houston musiałyśmy tłumaczyć kim jesteśmy (a może po prostu na takich ludzi trafiałyśmy :D) 


Wielkie podziękowania dla Emilii, która nas zaprosiła na tydzień w Chicago :) 


Pozdrawiam,
Natalia

P.s. Część zdjęć autorstwa Pauli :)