środa, 6 stycznia 2016

Chicago, czyli z wizytą w Wietrznym mieście

Co tu dużo mówić. Zakochałam się.

Na początku byłam dosyć sceptycznie nastawiona do Chicago - miasto z największą populacją Polaków w Ameryce, raczej nie wróży nic dobrego. Jednak po kilku dniach w tym mieście całkowicie zmieniłam zdanie. Polaków co prawda udało nam się kilka spotkać - już na lotnisku leciała z nami jedna Polka, później w sklepie, więc trzeba było uważać co się po Polsku mówi. Jednak Chicago swoim urokiem przezwycięża wszystko :) 

A więc od początku.. Dlaczego sylwester w Chicago? Razem z Paulą dostałyśmy zaproszenie od Emilii, która spędzała tam święta ze swoją host rodziną i pozwolili nam się na kilka dni u nich zatrzymać. Planów wcześniej żadnych nie miałyśmy na sylwestra, więc postanowiłyśmy skorzystać :) 

Bilety kupione no to lecimy!
27.12
A chciałoby się tak od razu polecieć. Z powodu pogody jaka wtedy panowała w Teksasie (tornada, śnieg - na szczęście Houston ominęło) część samolotów była odwołana/opóźniona. Nasz "na szczęście" tylko opóźniony. Tylko o jakieś 6 h. Na lotnisku byłyśmy już o 16, lot planowany był o 18.30. Wyruszyliśmy ostatecznie 30 minut po północy. W Chicago wylądowałyśmy o 3 w nocy z niedzieli na poniedziałek. Wspaniały początek wycieczki :D



28.12
Czyli pierwszy dzień zwiedzania Chicago. Wietrzne miasto przywitało nas, spragnione za zimą, śniegiem. Co prawda z deszczem, ale śnieg to śnieg.  Od rana postanowiłyśmy wybrać się na osławioną "Fasolkę" czyli Cloud Gate. Zaletą pogody było to, że nie było tłumów, czego zawsze można się spodziewać w tym miejscu, więc spokojnie mogłyśmy porobić zdjęcia. Jednak z drugiej strony nie mogłyśmy zobaczyć odbicia downtown, czyli tego, co w "Fasolce" najważniejsze :(


Trochę pochodziłyśmy po okolicach Millennium Park, jednak pogoda nas szybko przegoniła - było mokro i zimno, a przyzwyczajone do Teksańskiego ciepła szukałyśmy... ciepła :D

29.12
Od rana nie było już mokro, więc postanowiłyśmy jeszcze raz wybrać się na Cloud Gate. Tego dnia można już było zobaczyć wieżowce, ale i ludzi dookoła :( 







Wieczorem wybrałyśmy się do Chicagowskiego Zoo, które w przeciwieństwie do tego w Houston jest za darmo :) A w Zoo...




30.12
Być w Chicago i nie zobaczyć domu Kevina? No way! Co prawda od nas była to ok. godzinna podróż pociągami i autobusem, ale... :) 


31.12 
Czyli długo wyczekiwany sylwester :D Tego dnia postanowiłyśmy skorzystać  z bezchmurnego nieba i wybrać się na Skydeck, czyli najpopularniejszy punkt widokowy w Chicago :) Dawniej najwyższy budynek na świecie. Nie powiem, robi wielkie wrażenie stanięcie na wysokości 103 piętra na szklanej podłodze mając pod sobą NIC. Widoki dookoła tarasu też robiły wrażenie :) Można było zobaczyć całe Chicago z otaczającym je jeziorem Michigan  (swoją drogą to na prawdę jest jezioro, a nie morze czasem? fale jakie widziałyśmy w poniedziałek sprawiały inne wrażenie) :)




Rada na przyszłość - jak chcecie się wybrać na Skydeck to nastawcie się na czekanie. My w kolejce stałyśmy dwie godziny, przez co na górze nie ma z nami Emilii, która musiała wracać do pracy :/

Po punkcie widokowym postanowiłyśmy się wybrać do polskiej restauracji. Czas nas gonił (w sylwestra zamykali tego typu knajpy o 17), więc wybrałyśmy to, co było najbliżej, czyli Podhalankę. W ostatni dzień roku, tyle tysięcy kilometrów od domu miałyśmy chociaż namiastkę Polski - obsługa restauracji składała się ze starszych osób, w telewizji transmisja Sylwestra z Tvnem, a na stole żurek, kompot i schabowy z mizerią :) 

Czy mogę polecić Podhalankę? Wiadomo, że smakowało inaczej jak u Mamy, ale najgorsze nie było i portfeli nam super mocno nie oskubało :) 

Na wieczór planów żadnych nie miałyśmy, więc została improwizacja i oglądanie petard na mieście :) 

1.01
Czas powrotu do domu. Samolot zaplanowany dopiero na wieczór, więc wspólnie z Paulą wybrałyśmy się jeszcze na spacer po okolicy. A na spacerze takie widoki...

Oczywiście z samolotem nie obyło się bez opóźnień (ah ten Spirit lines) i o 2.30 a.m. 2.01 wylądowałyśmy w Houston.

To, co chciałyśmy zobaczyć - zobaczyłyśmy. Wiemy, że to, co widziałyśmy można było ogarnąć w 1-2 dni, ale my nie narzucałyśmy sobie tempa - w końcu to były nasze wakacje i w głównej mierze chciałyśmy odpocząć od codzienności au pairowskiej :) 
Co o Chicago tak ogólnie?
- urok dużego miasta, prawie jak Nowy Jork, tyle, że dużo mniej ludzi/turystów
- bardzo dobra komunikacja miejska - pociągi/ autobusy, na które nie trzeba długo czekać
- bardzo dużo osób hmm.. z problemami, trzeba raczej bardzo uważać w komunikacji publicznej i na ulicach
- piękne Downtown
- ludzie wiedzą o au pairingu - rzadziej niż w Houston musiałyśmy tłumaczyć kim jesteśmy (a może po prostu na takich ludzi trafiałyśmy :D) 


Wielkie podziękowania dla Emilii, która nas zaprosiła na tydzień w Chicago :) 


Pozdrawiam,
Natalia

P.s. Część zdjęć autorstwa Pauli :)

1 komentarz: